F.E.A.R. - recenzja Przez ostatnie lata gatunek horroru w kinematografii powoli, lecz sukcesywnie zamierał. Główną przyczynę należy w tym zjawisku upatrywać w braku świeżych pomysłów, które to potrafiłyby przyciągnąć widza do kin jak i przed telewizory. Przeważnie, co drugi film powstający na tle Hollywoodu z owego gatunku opierał się na utartych schematach typu: kilkoro nastolatków wyjeżdża na imprezę (lub coś podobnego) gdzie to zamiast zabawy czeka ich walka o życie z psychicznie chorym mordercą. A głównymi elementami, które ewoluowały w kolejnych tego typu filmach były coraz lepsze efekty specjalne. Pewnie taki stan rzeczy utrzymałby się do chwili obecnej, gdyby nie pełen świeżości i nowych pomysłów japoński horror The Ring. Dobry pomysł oczywiście został bardzo szybko przechwycony przez Amerykanów, którzy nakręcili swoją wersje Ringu, nie odbiegającą zasadniczo od oryginału. Niewątpliwie film odniósł wielki sukces finansowy, czego owocem były kolejne części i mutacje tegoż pomysłu. Jedną z takowych mutacji jest gra FPS o tytule F.E.A.R... Nie ukrywam, że stanęło przed mną niezwykle trudne zadanie zrecenzowania gry, której zostałem wielbicielem jeszcze długo przed jej premierą. To nie jedyna przeszkoda stojąca naprzeciw wystawieniu jej jak najbardziej obiektywnej oceny. Drugim aczkolwiek równie ważnym utrudnieniem jest sam fakt recenzowania potencjalnego hitu. A to z dwóch dość błahych powodów - łatwo popaść w przesadę i zachwalać niemal wszystko, ale równie łatwo rozczarować się z tytułu wygórowanych oczekiwań, którym dana gra nie sprostała choćby w połowie. Jak jest w przypadku F.E.A.R. dowiecie się z poniższego tekstu. Recenzja gry "Icewind Dale II" Dawno, dawno temu, gdy szczytem marzeń każdego pc’towca był Celeron 300MHz z 64MB ramu, była sobie gra Icewind Dale. Każdy fan serii Baldur’s Gate zarywał noce, byle tylko spędzić jak najwięcej czasu przy produkcie osadzonym w realiach Doliny Lodowego Wichru. Fani tacy jak ja, na całym świecie, zamarli gdy usłyszeli, że we wrześniu 2002 roku nastąpi kontynuacja pierwszej części, upragnione: Icewind Dale 2. Niewiele się zastanawiając, złożyłem zamówienie na przesyłkę w jednym z internetowych sklepów i już po paru dniach od daty premiery na moim biurku leżało piękne, lekko połyskujące pudełko z grą. Wówczas w skład polskiej edycji wchodziły: 2xCD z grą, 1 CD z muzyką z I i II części, instrukcja oraz mapa Doliny Lodowego Wichru. Wszystko to zapakowane w kartonowym pudełku. Postanowiłem rozpocząć instalację. Wszystko przebiegło bez żadnych problemów. Tak jak w innych grach Black Isle instalator sam wykonuje praktycznie wszystko. Jedyne co musimy zrobić to określić ścieżkę katalogu docelowego, wielkość instalacji i skonfigurować podstawowe parametry gry jak np. poziom trudności czy rozdzielczość, o której napiszę więcej pod koniec recenzji. Po odpaleniu gry, moim oczom ukazało się menu z widokiem portu Targos. Warto zaznaczyć, iż gra jest tak zaprogramowany, że w zależności od pory dnia menu wygląda inaczej. Od 18 do 6 rano zobaczymy ciemne, pochmurne niebo z rozpalonymi dookoła pochodniami. Od 6 do 18 będzie to natomiast dzień z białymi chmurkami i oświetlonym od słońca śniegiem. Nowa Gra i wybór postaci. Jak wiadomo w Icewind Dale mieliśmy możliwości stworzenia wszystkich 6 członków drużyny.